2018

CO ZA ROK

Co za rok. Chyba jeden z najtrudniejszych w karierze. Wprowadziliśmy mnóstwo zmian. Niektóre działają świetnie, niektóre były delikatnie mówiąc, pomyłką. Nie tragiczną w konsekwencjach, ale jednak bolesną nauczką. Jedno jest pewne – 2019 upłynie nam na szlifowaniu podstawowej umiejętności – produktywności. Już teraz naszkicowałem sobie idealny dzień. Część z tych nawyków wprowadzałem przez ostatnie miesiące, część dopiero przede mną.

DZIEŃ IDEALNY

Dzień idealny:
pobudka około 5 rano
do 7 praca – blogowanie, maile, spisywanie pomysłów
7-7:30: ćwiczenia oddechowe (Wim Hof) i proste ćwiczenia
8-9:45: bieganie/spacer z psiakami, przygotowanie do pracy
10-18: praca/edycja/strona
18-22: czas dla rodziny
22-23: główny trening dnia/koniec z gapieniem się w monitory
23:00: czas spać

Niech zadziała.

PODRÓŻE

Niemal rok temu obiecaliśmy sobie z Dorotą zachować więcej balansu pomiędzy pracą a życiem oraz nieco zmienić ofertę. Tak polubiliśmy sesje wyjazdowe, że na stałe wprowadziliśmy je do naszej oferty. Oczywiście my jak to my – do wszystkiego podchodzimy nieco ekstremalnie, co zaowocowało lataniem po Europie w zasadzie non stop. Sesja rodzinna pod Genewą i w Zurychu, sesja narzeczeńska w Neapolu, wycieczka łodzią i sesja na Capri, sesja rodzinna w Lizbonie, warsztaty i sesja we Florencji, ślub w Cap Ferrat a zaraz potem w Chorwacji w małej wiosce Maslenica czy wycieczki do Niemiec to tylko garstka, żeby nie wspomnieć o podróżach pomiędzy UK a Polską.

Pomiędzy wszystkimi wyjazdami Dorota znalazła czas na obronienie pracy dyplomowej na UAP i zrealizowanie projektu o Smogu, który zaowocował fantastyczną wystawą. Też dzięki Dorocie ja mogę pochwalić się makietą swojej pierwszej fotograficznej książki, którą zamierzamy wydać w 2019. Zrealizowaliśmy też kilka edycji warsztatów grupowych i indywidualnych, po których z radością obserwujemy kolejne sukcesy naszych kursantów.

W 2018-stym uśmiechaliśmy się częściej niż złościliśmy, uważniej słuchaliśmy, angażowaliśmy się w akcje charytatywne, podpisaliśmy więcej niż kiedykolwiek petycji. Wsparliśmy finansowo kilka artystycznych projektów i uzupełniliśmy naszą bibliotekę o kilka wartościowych pozycji wydanych przez polskich fotografów. Nasze psiaki dawały nam jak zawsze mnóstwo radości, choć zdarzyło się i kilka momentów grozy. Postanowiliśmy też nie wysyłać zdjęć na konkursy branżowe a skupiliśmy się na potrzebach naszych klientów. Wprowadzamy w życie to, co przekazujemy na warsztatach – nie ma dnia byśmy nie fotografowali po prostu dla siebie. Dorota kontynuuje swoje projekty a ja częściej niż wcześniej wychodzę na ulicę z aparatem w dłoni.

To był bardzo intensywny rok. Nie było cały czas różowo. Po zeszłorocznej azjatyckiej wyprawie wpadłem na genialny pomysł wejścia w system Sony. W efekcie jestem chyba jednym z nielicznych fotografów, którzy zamienili Sony na Canona. Po wiadomościach na FB wnioskuję, że moja wyprzedaż Sony wzbudziła sporą ciekawość – postaram się ją zaspokoić.

Moja opinia po roku pracy na Sony A7III i A7rIII jest bardzo subiektywna – to co sprawdza się w mojej pracy może nie zadziałać u Was. I odwrotnie – co dla mnie jest wadą w Waszym workflow może być kompletnie nieistotne.

Zacznijmy od plusów – jest ich znacznie więcej niż minusów.
To, co mnie skłoniło do przejścia na Sony to możliwość podpięcia w zasadzie wszystkiego. Świetny AF w dobrych warunkach oświetleniowych (do tego wrócę) i rewelacyjne matryce – pliki obrabia się bajecznie. Świetna współpraca z systemem lamp Godox/Quadralite, wydajne baterie, mały rozmiar. Łatwość i bogactwo opcji konfiguracji klawiszy, fajny tryb video, stabilizacja, dwa sloty, dobry tryb seryjny i duży bufor. Odporne na głupotę i trudy pracy korpusy. Generalnie – maszyny do orki. Dlaczego więc pozbyłem się Sony i wróciłem do jedno-slotowej Leica Q i Canona?

Obiektywy, rozmiar, ergonomia

To, co jest zaletą Sony bardzo szybko zaczęło mi doskwierać, mam na myśli rozmiar korpusu versus rozmiar obiektywów. Do mojego ulubionego 24-70mm 2.8 musiałem dokupić gripa. Bez niego chwyt nie był tak pewny. Wszystkie jasne stałki, które chciałem kupić są ogromne; 35mm 1.4, 50mm 1.4 czy 85mm 1.4 to ogromne i ciężkie szkła. Skończyło się na zestawie 35mm 2.8, 55mm 1.8 i 85mm 1.8. Obiektywy małe, lekkie i z fajnym obrazkiem. Jest jedno ale. A dotyczy ono szczególnie 35-ki. Sony do szybkiej i precyzyjnej pracy systemu AF w gorszych warunkach oświetleniowych potrzebuje jak najjaśniejszych obiektywów 1.4. A te są duże i ciężkie a i tak nie rozwiązują problemu w 100%. Co prawda nie straciłem żadnego zdjęcia przez wolny AF ale.. trzeba się było nagimnastykować z szukaniem miejsca, na który wyostrzyć. EVF zarówno w A7III jak i A7rIII po zmroku dostawał czkawki przez to, że Sony pokazuje obraz przy przesłonie roboczej i przy takiej działa AF. Obraz smużył i utrudniał pracę przy przymykaniu do f4 i więcej. A lubię mieć ostrych kilka planów. Remedium na kiepskie światło był paradoksalnie aparat, który używalne maksymalne ISO ma w okolicach ISO640;)
I tu dochodzimy do Leica M9 i szkieł na bagnet M. Po roku pracy mogę powiedzieć jedno – te szkła muszą być podpięte pod Leicę M. Koniec kropka. Oczywiście czerwona. Dalmierz i idealne spasowanie sensora Leica M9 z moim ulubionym elmaritem 28 w zasadzie nie ma odpowiednika w Sony. FE 28mm f2 ma tak dużą dystorsję, że aż oczy bolą. Ultron 35mm 1.7 na Leica M jest idealny a na Sony ma dziwną krzywiznę pola – objawia się to tym, że środek jest ostry a brzegi już nie. Co za tym idzie ciężko się wstrzelić z ostrością.

Jak wspomniałem wcześniej AF w Sony przy przysłonie powyżej 2.8 , jak na moje standardy zaczynał być za wolny i zawodny. O wiele szybciej ostrzyła Dorota Leicą Q lub ja manualnie Leicą M9. A ponieważ połowę czasu na ślubach pracujemy w słabych warunkach oświetleniowych, kończyło się to tak, że pracowałem Leicą M9 i Canonem pożyczanym od Doroty. Sonnar 35mm 2.8 w połączeniu z A7III po zmroku w zasadzie stawał się bezużyteczny. W połowie sezonu odkryłem, że połączenie adaptera MC-11 i canonowskiej 35mm f 1.4 pozwala mi ostrzyć w każdych warunkach. Sony wtedy niezależnie od ustawionej przysłony ostrzyło na f1.4 i przymykało w momencie wyzwolenia migawki. Niestety jak na moje standardy, lag był zauważalny i nieznośny. Zwłaszcza z lampą. I znów – wracałem do M9 albo pożyczonego od Doroty Canona.

WIDZIEĆ ŚWIAT, EVF

Na koniec czynnik najważniejszy – moje oczy niekoniecznie dobrze znoszą zerkanie na świat przez wizjer elektroniczny Sony. Zwłaszcza po zmroku. Po długich reportażach oczy były zmęczone a głowa bolała. Nie da się ukryć, że wizjer w Leica Q a zwłaszcza w Leica SL to poziom dwóch klas wyżej. Co ciekawe nawet w kupionym na zimowy wyjazd Panasonicu Lumix GX8 wizjer okazał się być mniej uciążliwy i płynniej pracujący niż te w Sony. A ze szkłem Leica Summilux 15mm 1.7 (odpowiednik 30mm na pełnej klatce) pozwalał robić zdjęcia w nocy z dużą głębią już od f2! Lumix zostaje.

NOWE WROGIEM LEPSZEGO?

Wnioski po roku pracy na Sony były jednoznaczne. Albo zainwestuję w jasne natywne szkła od Sony (duże, ciężkie) i w trudnych warunkach oświetleniowych będę pracował na f1.4-f2 albo kupię Canona i Leica Q;)

I tak też się skończyło. Dorota kilka dni temu odpakowała swoją nową Leicą Q-P, o której wkrótce napiszemy a ja przejąłem jej Leicę Q oraz kupiłem Canona 5d mk IV i ulubioną 35-kę – 35mm 1.4 L wersja pierwsza. W planach jeszcze jest nowa 85-ka 1.4 IS. I oczywiście najważniejsze – niezawodna od lat LEICA M9.

Jednego już żałuję. W systemie Canona nie ma tak dobrego odpowiednika obiektywu 24-70mm 2.8 GM. Owszem – jest 24-70mm L v II. Nie jest to jednak TA plastyka, którą tak polubiłem w szkle Sony. Wszystkie sesje w 2018 roku zrobiłem tym właśnie obiektywem. Mikrokontrast i odwzorowanie szczegółów w połączeniu z fajnymi nieostrościami jest naprawdę na najwyższym poziomie.

2019

A co planujemy na 2019 poza lepszą produktywnością?
W końcu chcemy zmontować filmy z zeszłorocznych wakacji, wyjechać na kolejne, cieszyć się każdym dniem, więcej pisać, regularnie ćwiczyć, chodzić na więcej wystaw i częściej spotykać się z przyjaciółmi.

Ze zmian sprzętowych – testujemy system lamp Profoto. Oczywiście mowa tu o małych A1 i “plenerowej” B10. Testowaliśmy je już w ostatni weekend 2018-stego. Canon i Profoto to połączenie genialne! Szykujemy artykuł na ten temat. Na razie jesteśmy pod wrażeniem i robimy listę za i przeciw w zestawieniu ze Strobosami;)

Ciekawostek i tematów z podróży mamy na kilkadziesiąt godzin pisania. Czasem zastanawiamy się, czy nie szybciej byłoby nagrać film i opublikować go na youtube. Co Wy na to? Wolicie czytać czy oglądać? A może jedno i drugie?;)

Myślimy też na datami wiosennych warsztatów, celujemy w kwiecień. Szczegóły niebawem.

Na pewno wszystkich zawodowych przygód 2018-stego roku nie byłoby bez naszych cudownych klientów i wszystkich osób, z którymi mieliśmy okazję spotkać się czy pracować, serdecznie Was pozdrawiamy. I dziękujemy!

Fantastycznego roku!

ABOUT


We are Dorota Kaszuba & Michal Warda – a dream team in life and at work.

FOLLOW